Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camino del Norte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camino del Norte. Pokaż wszystkie posty

Camino del Norte - Dzień 23

10 lipca 2016r.

Ostatni dzień w Hiszpanii wyglądał tak:

Po nocy pełnej muzyki wstałem rano, żeby zdążyć na autobus, który miał mnie zawieść bezpośrednio do Santiago. Nie chciałem bawić się już w autostop, bo był on zbyt niepewny czasowo, a miałem kilka rzeczy do załatwienia w mieście i na popołudnie zarezerwowany lot do Polski.

Po dotarciu do miasta skontaktowałem się z dziewczynami i umówiliśmy się, że wspólnie pójdziemy na uroczystą mszę dla pielgrzymów o 12.00 w katedrze. Do południa miałem spory kawałek dnia, więc pozwoliłem sobie wreszcie na odkrywanie miasta.

 

Teraz kilka słów o nim. W mojej opinii tylko centrum zasługuje na prawdziwą uwagę, cała reszta jest bardzo podobna do innych hiszpańskich miast. Nie twierdzę, że nie jest ładna, ale jest "normalna" jak na hiszpańskie miasto. Przechadzając się wąskimi i wysoko zabudowanymi uliczkami, czułem się jakbym przeniósł się w czasie o kilka stuleci. Co ciekawe udało mi się w labiryncie uliczek kilkukrotnie zgubić orientację :D a zwykle mam dobrą orientację w terenie...

Nie ukrywam, że dla mnie i dla innych najważniejszym punktem była katedra.

 

Wreszcie wybiło południe, więc udałem się do jej wnętrza. Jednak zgodnie z zasadami musiałem zostawić plecak w przechowalni na zewnątrz.
Środek nie okazał się tak oszałamiający jak oczekiwałem, swoją budową bardzo przypominał mi archikatedrę na Hradczanach w Pradze. Podobieństwo wcale nie umniejsza jego piękna, ale mnie to było oglądanie po raz drugi tego samego.


Jedną z ważniejszych rzeczy, na które czekałem było okadzanie ludzi ogromną kadzielnicą podwieszoną do sklepienia.
Zabawne było jedno. Przed mszą ochroniarze prosili ludzi, żeby w czasie nabożeństwa nie robili zdjęć, bo będzie na to jeszcze czas po. Jednak w chwili rozpoczęcia się show (niestety to słowo samo ciśnie mi się na usta) wszyscy ludzie, jak jeden mąż wyciągnęli aparaty. Zaczęli nagrywać i robić zdjęcia, więc ja nie mogłem pozostać gorszy :)

 

Po uroczystości, spotkałem się z Asią i Anią oraz ich towarzyszem ostatnich kilometrów do Santiago, Santiago. Wbrew pozorom tym zdaniu nie ma powtórzenia. Chłopak pochodzi z Ekwadoru, na co dzień studiuje we Francji, a ma na imię jak to miasto. Wspólnie zjedliśmy posiłek.


W zasadzie na tym mógłbym zakończyć moją opowieść o drodze do grobu św. Jakuba.
Jednak ciągle pozostaje niezakończona historia z Diarmidem. 

Wcześniej pojawiał się w najmniej oczekiwanych momentach i tym razem nie mogło być inaczej! Kiedy wraz z dziewczynami poszedłem do Centrum Pielgrzymów, spotkałem go. Czekał w kolejce po swoją Compotelę. Aż ciężko uwierzyć, że to wydarzenie miało miejsce!
Rozstaliśmy się dwa dni wcześniej, w niedzielę (dziś) Santiago przeżywa prawdziwe oblężenie pielgrzymów, a jednak nasze ścieżki ponownie przecięły się. Znowu nie miał pieniędzy, bo został okradziony jak spał w parku z bezdomnymi i zaraz miał wyruszyć, tak jak ja do Fisterry.

Kilka tygodni później dowiedziałem się, że później ponownie został okradziony, tym razem z aparatu. On to ma ciężkie życie. Jednak postanowił zostać w Hiszpanii, a dokładnie w Barcelonie na dłużej i uczyć angielskiego.

Mi nie pozostało już nic innego jak tylko udać się na lotnisko i z jedną przesiadką w Madrycie wrócić do Krakowa. Jedynym minusem drogi powrotnej była godzina lądowania w Balicach - 3.45 rano, a na 7.00 tego samego dnia musiałem być w pracy...

Tak wyglądało MOJE Camino del Norte. 

Cudownie jest mieć marzenia, ale jeszcze cudowniej jest jest realizować!


Poprzedni dzień                                                        Podsumowanie

Camino del Norte - Dzień 18

5 lipca 2016r.

Diarmid obudził mnie przed szóstą i powiedział, że zaraz wyrusza w dalszą drogę. Dla mnie ten dzień miał być jednym z łatwiejszych i krótszych, bo zostawiałem siły na następny, który zapowiadał się ciężko - podejście na najwyższą wysokość na szlaku. Dlatego pożegnałem się z moim nowym znajomym i zapewniłem go, że prawdopodobnie spotkamy się jeszcze.

Po przejściu przez całe Vilalba, szlak skierował moje kroki w stronę łąk i lasów. Taką trasą w niezbyt słonecznym, ale zarazem też nie deszczowym dniu wędrowało się wybornie. Kilometry ubywały bardzo szybko, a dzień umilało mi odnajdywanie coraz to różnych wariacji na temat muszli świętego Jakuba.


 Najbardziej praktyczna, czyli metalowe muszle umieszczone w płytkach chodnikowych. Podążanie za trasą Camino w mieście należało do bardzo trudnych czynności. Przez wszędobylskie reklamy ciężko było dostrzec małą muszlę lub żółtą strzałkę.


W mieścinie Baamonde, zaraz koło butki telefonicznej, spotkałem nikogo innego tylko Diarmida. Akurat wychodziłem ze sklepu, gdzie zakupiłem przepyszne Magdalenki. W Polsce ten typ ciastek nie jest zbyt popularny, ale są bardzo podobne do znanych nam muffinek. Mój kompan w dalszym ciągu nie miał pieniędzy, ale już wpadł na pomysł jak je uzyskać, więc z dużą chęcią poczęstował się moimi ciastkami. 

Sprzedaż nerki, oto jego wyjście z tej sytuacji :) 
 
Oczywiście z nerką to jest żart :D 

Postanowił skorzystać z usług Western Union. Z tego co mi wytłumaczył działa to mniej więcej tak: 
- prosisz kogoś o przesłanie pieniędzy do WU z podaniem twoich danych, w tym numeru paszportu, lub innego dokumentu tożsamości;
- WU pobiera dosyć sporą prowizję, przy niskich kwotach sięgającej nawet kilkunastu procent;
- udajesz się z dowodem tożsamości do dowolnego banku, poczty na całym świecie i dostajesz swoje pieniądze. Z tego co wiem wiele sklepów również prowadzi takie usługi.

Proste? Jak najbardziej, jest tylko jeden małych haczyk - trzeba się skontaktować z kimś, kto miałby zrobić dla nas taki przelew. Swój telefon zepsuł przed wyruszeniem do Santiago i nie miał przy sobie żadnego.
Tutaj na scenie pojawiam się ja! Ponownie udzielam mu bezzwrotnej pożyczki (2 euro) na zadzwonienie do ojca. Po dogadaniu wszystkich szczegółów okazało się, że najbliższa poczta jest 6 km dalej, w innym mieście. Poszedł sam, a ja udałem się w dalszą drogę. Poinformowałem go jednak, gdzie planuję się zatrzymać, żeby mógł do mnie dojść.

Tego dnia mijałem ważne miejsce w przypadku długodystansowych wędrówek, a mianowicie słupek oznajmujący, że do Santiago pozostało mi tylko 100km.


Poprzedni dzień                                                                              Następny dzień

Camino del Norte - Dzień 17

4 lipca 2016r.

Dopiero teraz spisując swoje wspomnienia na "papier" dociera do mnie kilka rzeczy. To co zrobiłem było niezwykłą przygodą, której zazdroszczę sam sobie. Niestety uświadomiłem sobie też, że robiłem za mało zdjęć :( Widoki chłonąłem całym sobą, ale niezbyt dużo z nich uwieczniłem cyfrowo.

Z Mondonedo rozpocząłem kilkogodzinne podejście, łagodną i urokliwą drogą. Niestety musicie uwierzyć mi na słowo, że tak było, bo z tego odcinka posiadam tylko jedno zdjęcie.


Na szczycie czekała mnie miła niespodzianka, czyli dużo muszelek. Jest to ściana osławionej przeze mnie autostrady A-8. 


Poprzednią noc spędziłem w miejscu, którym zarządzali policjanci, a dzisiaj przyszedł czas na Bomberos - czyli strażaków. Na przedmieściach Vilalba, zaraz obok remizy, znajdowała się jedna z bardziej nowoczesnych i tańszych (6 euro) albrgue, w których miałem okazję spać. Jednak nie to było najważniejsze. W tym miejscu po raz pierwszy spotkałem najbardziej barwną i niesamowitą postać całej mojej wędrówki po Camino. Mowa o Diarmidzie - czterdziestoletnim Szkocie.

Poznałem go w następujących okolicznościach. Przygotowując obiad zobaczyłem, że na kanapie koło wejścia siedzi kompletnie ubrany facet. Przez to stwierdzenie mam na myśli, że miał na sobie kurtkę, buty i plecak. Wywiązał się między nami mniej więcej taki dialog:

Ja: Cześć. Czy potrzebujesz pomocy?
Diarmid(D): Nie wszystko, OK. Czekam na hospitalerio, żeby zapytać się go, czy mogę rozbić namiot w ogrodzie lub spać za darmo w albergue.
Ja: Co się stało?
D: Złamałem swoją kartę bankomatową i nie mam pieniędzy.
Pokazuje złamaną kartę.
Ja: Raczej szybko nie doczekasz się na opiekuna, bo z tego co wiem ktoś przyjdzie dopiero późnym wieczorem. Nie wygłupiaj się w siedzenie i czekanie. Idź się wymyć i ogarnąć, a ja za Ciebie zapłacę.
D: Zrobisz to dla mnie?
Ja: Pewnie, idź, a później pogadamy.

Stało się jak przewidziałem, po pieniądze przyszli po 21, co na warunki Camino było bardzo późno. Zwykle większość pielgrzymów chodziła spać zaraz po 22.

Oczywiście odbyłem rozmowę z Diarmidem i dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy. Jednak je opiszę w następnych dniach, bo to nie koniec naszych wspólnych przygód.


Poprzedni dzień                                                                    Następny dzień

Camino del Norte - Dzień 22

9 lipca 2016r.

Według rozszerzonego planu, tego dnia miałem dojść do Fisterry, wrócić do Santiago i pójść spać do polskiego albergue na Monte do Gozo. Już teraz zdradzę, że tych założeń nie udało mi się zrealizować, ale i tak jestem bardzo zadowolony z tego co się stało. Jednak po kolei...

W ten cudowny dzień wstałem przed świtem, czyli zaraz po 5 rano. Gdy wyszedłem na zewnątrz przywitała mnie ściana mgły, która opuściłem dopiero półtorej godziny później.


Zdjęcie jak zawsze nie oddaje dokładnie rzeczywistości, z mojej perspektywy wyglądała bardzo przerażająco, jak z jakiegoś filmu.

Dojście w okolice oceanu okazało się usiane pagórkami, które wcale nie należały do łatwych w pokonywaniu.



Jeśli dobrze przyjrzycie się pierwszemu zdjęciu to zobaczycie rząd elektrowni wiatrowych usytuowanych na grzbiecie lewego wzgórza. W tej okolicy praktycznie na każdym wzniesieniu znajdowało się ich kilka, a gdzieniegdzie nawet kilkanaście/kilkadziesiąt!

Na trasie czekała mnie jeszcze jedna decyzja, która niby została podjęta na etapie przygotowania do podróży, ale do samego końca nie wiedziałem co wybrać.

Iść do Fisterry, czy Muxii?


Przygotowanie przeważyło, więc wybrałem drogę w lewo, według tego znaku, dłuższą :)

Bardzo długo wypatrywałem tego jednego, wymarzonego przylądka i jak tylko zaczął się wyłaniać zza zakrętu to robiłem mu masę zdjęć.




Ostatnie 10-12km pokonałem już automatycznie, krok za krokiem, metr za metrem, godzina za godziną. Praktycznie przez cały dzień nic nie jadłem i miałem stosunkowo mały wody, więc szedłem głodny i spragniony. Słońce paliło bezlitośnie, a cienia było jak na lekarstwo.

Ostatni przystanek, już na półwyspie zrobiłem sobie koło pomnika pielgrzyma, a w tle możecie zobaczyć wzgórza, po których powłóczyłem nogami.



Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany moment; zobaczyłem słupek z zerowym kilometrem Camino. Uczucia mieszały się: radość ze spełnieniem, zaskoczenie ze smutkiem (że to już koniec), podniecenie z ekscytacją. Nie umiem lepiej opisać tego momentu - trzeba to przeżyć! 




 W ten oto sposób zrealizowałem połowę planu, który przedstawiłem na początku. We wstępnych założeniach wymyśliłem sobie, że do Santiago wrócę autobusem. Jednak będąc już na samym końcu ziemi (Fisterra) okazało się, że czasu do odjazdu wcale nie mam zbyt dużo. Postanowiłem wdrożyć w życie plan B - powrót stopem 90km.


Z kciukiem w górę szedłem godzinę przez miasteczko, a na jego przedmieściach stałem kolejną. Wreszcie zatrzymało się jedno, upragnione auto. Hurra!

Jak to bywa w moim życiu, wiele sytuacji ma zawsze w sobie smaczek czegoś niezwykłego. Pierwszym kierowcą, który wziął mnie w Hiszpanii, był Hiszpan pracujący kiedyś w Bydgoszczy :D Niestety nie był w stanie wymówić poprawnie tej nazwy, więc długo zajęło nam wspólne zrozumienie się.

W następnym miejscu czekałem również ponad godzinę, a słońce pomału chyliło się ku zachodowi. Tym razem podebrał mnie kierowca, który zaoferował podwózkę kilkukilometrową, ale w wyniku naszej rozmowy (po hiszpańsku), zajechaliśmy znacznie dalej. W końcu zostawił mnie przy rozwidleniu na Santiago, gdzie po kilkunastu minutach zabrali mnie surferzy.

Wraz z nimi przejechałem około 30 kilometrów. Kiedy się z nimi rozstawałem zrobiło się już naprawdę późno. Przy drodze stałem i łapałem tylko dlatego, że nic innego mi się nie chciało. W międzyczasie rozglądałem się po okolicy w poszukiwaniu miejsca na obóz. Nie dane mi było go jednak znaleźć...

Korzystając z niecodziennych warunków oświetlenia postanowiłem zrobić sesję zdjęciową mojego plecaka na tle zachodzącego słońca. Co ważne, to zdjęcie zostało zrobione o 22.06.


Oprócz ładnej kompozycji, warto zwrócić uwagę na samochód w tle i jego włączone świata cofania. Jak robiłem to zdjęcie to pomyślałem, że fajnie by było mieć na zdjęciu auto, które specjalnie dla mnie cofa :D

No cóż, po raz kolejny moje życie pokazało, że marzenia się spełniają.

Przesympatyczne małżeństwo zaoferowało się, że zawiezie mnie do abergue w Negreira. Bez wahania zgodziłem się :)

Na miejscu okazało się, że nie ma dla mnie miejsca w pokoju, ale była możliwość darmowego rozbicia namiotu w ogrodzie. Niestety tej nocy w mieście odbywał się koncert i do późnych godzin nocnych panował hałas.

Poprzedni dzień                                                                    Następny dzień

Camino del Norte - Dzień 21

8 lipca 2016r.

Od samego poranka towarzyszyło mi uczucie spełnienia. W ciągu trzech tygodni drogi mogło stać się absolutnie wszystko, od najprostszego skręcenia kostki, poprzez kradzieże, wypadki a kończąc na kiepskiej pogodzie. Jednak praktycznie, żadna z moich obaw nie spełniła się. Uff...

Powróciłem na drogę i rozpocząłem ostatnie zejście na oficjalnej części Camino del Norte. Santiago przywitało mnie pochmurną pogodą, jednak zważywszy na godzinę, a było po zaraz po siódmej, było to do zrozumienia i zaakceptowania.


Wędrując ulicami tak wczesnym rankiem, jak na hiszpańskie warunki, czułem się jakbym odkrywał nowy ląd. Być w miejscu, gdzie nikogo przede mną jeszcze nie było. Puste drogi i chodniki, gdzieniegdzie wyłaniający się pielgrzymi, dążący do tego samego punktu co ja. To niesamowite!

Wreszcie po kluczeniu uliczkami w ścisłym centrum miasta dotarłem do katedry w Santiago. Jej widok trochę zaskoczył mnie...


Jak widać na zdjęciu jej część była w renowacji. Oczywiście, taka błahostka, nie była zbyt istotna, to co liczyło się tego dnia to radość ze zrealizowania podstawowego planu w 100%.

Przed świątynią spędziłem kilkanaście minut, siedząc na ziemi i wspominają minione trzy tygodnie, a jak wiecie było o czym myśleć :)

 Po części sentymentalno-uczuciowej wypadało pozyskać oficjalne zaświadczenie o przejściu jednego z szlaków wiodących do grobu św. Jakuba - czyli Composteli.

Moja Compostela

Certyfikat wydawany jest, w Centrum Pielgrzymów nieopodal katedry. Dla pielgrzymów, którzy pokonali którymś z camino ostatnie 100km (pieszo lub konno) lub ostatnie 200km rowerem. Naszym dowodem przejścia trasy jest Credencial, w którym całą drogę zbieraliśmy pieczątki.



Nie przybijałem wszystkich możliwych pieczątek, ale mam po jednej praktycznie z każdego dnia.

Istnieją dwie wersje Composteli, z podziałem ze względu na powód podróży - religijny lub turystyczny. Wybrałem typ dla turystów, bo taki był mój prawdziwy cel dotarcia do Santiago.

Teraz, gdy wszelkie formalności zostały wypełnione nadeszła kolej na wykonanie części rozszerzonej, a mianowicie dojście do Fisterry. Tego dnia czekało mnie jeszcze przejście około 45km do Santa Mariña.



Towarzyszyło mi nieznane odczucie, które polegało na tym, że wcale nie musiałem nigdzie iść, bo to co chciałem osiągnąłem, już osiągnąłem :D

Jednak szedłem i szedłem, trochę siłą rozpędu, częściowo pchała mnie ambicja.

Pogoda poprawiła się, a wraz z nią pojawiły się urokliwe widoczki.


 Późnym popołudniem dotarłem do ostatniego (jak wtedy myślałem) albergue na moim Camino. Zaraz przed dojściem spotkałem pewną Węgierkę, Margaritę, z którą spędziłem na rozmowie i jedzeniu cały wieczór.




Poprzedni dzień                                                                          Następny dzień

Camino del Norte - Dzień 20

7 lipca 2016r.

Jeżeli byłbym bardzo uparty to tego dnia mógłbym dojść do Santiago, bo pozostało mi około 47km. Jednak moje plany nie polegały tylko na dojściu do Santiago, a zakładały też piesze dotarcie do Fisterry, czyli przejście kolejnych 90km.

Dlaczego ciągnęło mnie, aż tam?

Według historii, które usłyszałem i przeczytałem pielgrzymi, którzy podążali do grobu św. Jakuba, w ramach pokuty lub oczyszczenia, wyruszali również do "Końca Ziemi", bo to oznacza hiszpańska nazwa miejscowości. Kiedy docierali na miejsce popełniali ostatni akt oczyszczenia, czyli pozbywali się swoich rzeczy - wyrzucali je do morza lub palili. Nie miałem, aż tak drastycznych zamiarów, ale nie byłbym sobą, gdybym tam nie poszedł.

Jednak wracając do dwudziestego dnia wyprawy. Z noclegu wyruszyłem z piosenką na ustach i w tym wypadku nie jest to tylko powiedzenie. Uwielbiam śpiewać w podróży, a mogę robić to tylko w samotności, bo mój głos nie nadaje się do publicznych występów :P

Moja mina zrzedła trochę, gdy doszedłem do Arzúa, gdzie Camino del Norte łączy się z najpopularniejszą z dróg jakubowych - Camino Francés. Jeżeli ktokolwiek uczestniczył w pielgrzymce do Częstochowy, to bardzo dobrze zrozumie opis, który zaraz przedstawię.

Od wspomnianej miejscowości razem ze mną wędrowały niepoliczalne rzesze pielgrzymów. Nie było momentu, kiedy mógłbym być sam, ciągle towarzyszył mi tłum ludzi. Przez blisko trzy tygodnie, w ciągu dnia spotykałem kilku, kilkunastu pątników, teraz mijałem tylu w kilka minut. Był to szok, na który nie byłem przygotowany.

Mniej więcej w połowie dnia spotkałem Diarmida. Tradycyjnie odpoczywałem i czytałem książkę, gdy nagle widzę jak idzie. Okazało się, że po naszym ostatnim spotkaniu i odebraniu pieniędzy udało mu się dojść dalej niż mnie. Tak samo było wczorajszego dnia, jednak dzisiejszego poranka postanowił dłużej zostać w miejscu swojego noclegu, dzięki czemu byłem w stanie go wyprzedzić.

Naszą znajomość musieliśmy wreszcie uwiecznić na zdjęciu.

Diarmid to ten po lewej :)

Pośród odczuwalnego podziwu ze strony innych pielgrzymów - mieliśmy ogromne plecaki i wyglądaliśmy na długodystansowych podróżników, wspólnie pokonywaliśmy ostatnie kilometry do naszego celu. 

Oto kilka faktów/ciekawostek jakie zafundował mi Szkot:
- na Camino wyruszył jeszcze z Francji, tydzień wcześniej niż ja;
- w pierwszym tygodniu naderwał mięsień w barku, poszedł do szpitala, gdzie założyli mu specjalny stabilizator na bark i odradzili kontynuowanie podróży;
- Diarmid nie przejął się tą radą, po prostu zdjął ramię plecaka z chorego barku i poszedł dalej;
- w podróż zabrał dwie tysiąc stronicowe książki, żeby zmotywować się do szybkiego przeczytania i wyrzucenia ich (duża waga);

Dzień zakończyłem w jednym polskim albergue na Camino - 4,5km przed katedrą w Santiago, nareszcie mogłem wszystko załatwić po polsku!

Jednak przed dotarciem na nocleg musiałem rozstać się z Diarmidem, bo postanowił już tę noc spędzić w mieście. Przed rozejściem wypiłem wraz z nim najlepsze piwo wciągu całej mojej podróży po Hiszpanii. Było najlepsze z kilku powodów:
- zimne, a dzień był niemiłosiernie gorący;
- do celu pozostało raptem kilka kilometrów;
- doborowe towarzystwo tak niesamowitego człowieka;


Jakby tego było mało to nadal nie koniec naszej wspólnej przygody :D

Poprzedni dzień                                                            Następny dzień


Camino del Norte - Dzień 19

6 lipca 2016r.

W Miraz, gdzie nocowałem, zatrzymałem się w albergue, które jest prowadzone przez Jacobea Confraternity of Saint James. Dzięki temu brytyjskiemu stowarzyszaniu miałem możliwość zwiedzania cmentarnego kościoła, na renowację, którego pieniądze zostały przekazane przez owo stowarzyszanie. Po części pochodziły one z opłat wnoszonych przez pielgrzymów zatrzymujących się w schronisku.

O wielu albergach nie można zbyt wiele powiedzieć, oprócz tego, że były. To miejsce posiadało jednak atmosferę porównywalną z tą jaka panowała w Güemes. Jak zwykle tworzą ją ludzie, którzy tutaj byli niesamowici.

Niestety Diarmid nie dotarł do mnie i mieliśmy się spotkać dopiero następnego dnia.

Na mapie ten dzień zapowiadał się złowieszczo.


 Jednak rzeczywistość nie okazała się być taką okrutną. Przez większość czasu szedłem bitymi drogami. Co prawda wokół całej góry na wysokości około 600 m.n.p.m. zawisła chmura, z której siąpił lekki deszczyk, ale nawet to nie było takie nieprzyjemne.
Praktycznie całą drogę szedłem z wycieczką szkolną, a dzieciaki jak wiadomo generują dosyć spory hałas. Nie mogłem ich wyprzedzić, bo szli całkiem żwawo, a zostać w tyle jakoś tak mi nie wypadało :)

Po pokonaniu góry, ponownie przywitało mnie słońce i towarzyszyło mi już praktycznie do końca dnia.

W Sobrado dos Monxes zobaczyłem kościół, który bardzo odpowiadał mojemu wyobrażeniu o świątyni w Santiago de Compostela. Jak się potem okazało, aż tak bardzo nie byłem w błędzie.


 Popołudniu spotkałem dwie Włoszki, które poprosiłem o zdjęcie w pełnym rynsztunku. Chciałem mieć wreszcie zdjęcie na którym wyglądam, że podróżuję pieszo z plecakiem :D



 Poprzedni dzień                                                                                     Następny dzień

Camino del Norte - Dzień 15

2 lipca 2016r.

Wczesnym rankiem zebrałem się w drogę, bo w planach miałem do pokonania 42 km. Z punktu widzenia wieczoru była to świetna decyzja.
Z mojego "prywatnego" albergue musiałem cofnąć się do Luarki, gdzie czekało mnie zejście schodami do poziomu morza, a następnie powrót na tą samą wysokość po drugiej stronie zatoki. Trudy umilał mi cudowny urok porannego miasteczka.

Pomimo spania w różnych miejscach i wyruszenia o innych porach, Camino ponownie połączyło mnie i Boylda. W dalszym ciągu rozmawiając o życiu przemierzaliśmy kolejne kilometry do Santiago. Niestety, jak każda moja znajomość na tym szlaku, ta również musiała się w pewnym momencie skończyć - wspólnie dowędrowaliśmy do Navii.


Resztę dnia mógłbym streścić jako sielankowy spacer pośród pól w przepiękny upalny dzień. Jednak jak to zwykle w moich podróżach bywa, dzień bez przygód to dzień stracony.
Na nocleg obrałem albergue w wiosce Tol. Tam po raz pierwszy zdarzyło mi się, żeby zastać albergue zamknięte :(
Na szczęście w domu obok spotkałem dwie bardzo sympatyczne Hiszpanki. Po około 15 minutowej rozmowie moim łamanym hiszpańskim doszliśmy do porozumienia co dalej. Jedna z nich zadzwoniła do prywatnego albergue w Ribadeo, gdzie zarezerwowała mi miejsce. Właściciele nawet zaoferowali przyjazd po mnie, ale nie zgodziłem się, bo to miała być piesza wędrówka.
Z planowanych 42km zrobiło się nagle 48,6km, co na tamten dzień stanowiło mój rekord odległości.

Bardzo późnym popołudniem dotarłem do celu i zostałem przyjęty bardzo serdecznie.
Jak już wcześniej wspominałem w Hiszpanii, jest bardzo duży problem z zakupem czegokolwiek w niedzielę, bo zwyczajnie wszystko jest zamknięte. Jako, że była to sobota, a moje zapasy były praktycznie na wyczerpaniu postanowiłem porozmawiać z córką właścicielki. W toku wymiany zdań okazało się, że wieczorem wybiera się na imprezę do centrum, a jej mama zawozi ją i wraca z powrotem. Dostałem propozycję, której nie sposób było odrzucić - zostanę zawieziony prosto do dużego hipermarketu i przywieziony w drugą stronę.

Jak nie kochać Hiszpanów? :D

Poprzedni dzień                                                                          Następny dzień
 

Camino del Norte - Dzień 14

1 lipca 2016r.

 Ostatecznie pożegnałem się z dziewczynami i samotnie ruszyłem dalej. Jadnak umówiliśmy się, że spotkamy się jeszcze w Santiago, bo z analizy naszych planów wynikała wspólna data pobytu tam.

Podczas wędrówki po Camino bardzo rzadko zdarzało się, żebym cały dzień spędził sam. Tego dnia jak i następnego wędrowałem z Kanadyjczykiem - Boyldem.


Spotkałem go w lesie w połowie dnia i razem powędrowaliśmy w okolice Luarki. Na przedmieściach rozstaliśmy się, ja poszedłem do albergue, a on do hotelu. Po raz pierwszy w czasie tego wyjazdu byłem całkiem sam w albergue. To bardzo dziwne uczucie nawet nie mieć z kim pogadać.

Wracając do Boylda. Dwa lata temu przeszedł na emeryturę. Od tego czasu zaliczył już Camino Portugues i w tym roku Camino del Norte. Dodatkowo po skończeniu szlaku miała dołączyć do niego żona i mieli razem podróżować po Europie.

Teraz chyba przyszedł czas, żeby wspomnieć o pieniądzach. Z ust wielu pielgrzymów usłyszałem: "Hiszpania jest tania",  mówili mi to Niemcy, Francuzi, Amerykanie i Kanadyjczycy. Na przykład dla mojego dzisiejszego, emerytowanego kompana, nie było zbyt dużym wydatkiem przeznaczyć 10€ na kawę i kanapkę. Niestety nie mogłem powiedzieć tego samego...


Poprzedni dzień                                                                     Następny dzień

 

Camino del Norte - Dzień 13

30 czerwca 2016r.

Z Aviles wyszedłem już sam. Wraz z moimi polsko-włoskimi towarzyszami postanowiliśmy się rozstać, bo nie pokrywały nam się plany na ten dzień. Musiałem powrócić już do moich maratońskich odległości, a oni  trzymali się swoich możliwości.

Do tej pory bardzo narzekałem na autostradę A-8, którą ciągle spotykałem na swojej drodze. Od Bilbao borykałem się z problemem przekraczania jej. Niejednokrotnie musiałem nadkładać drogi, żeby przejść nad nią lub pod nią. Była to jedna z bardziej irytujących rzeczy w całej mojej hiszpańskiej drodze.

Wszelkie trudy zrekompensował mi ten jeden widok, który dodatkowo udało mi się zarejestrować.

Przepiękne połączenia "człowieka" i natury. 

 Po dotarciu do Soto de Luina okazało się, że kolejny nocleg spędzę z częścią ludzi, która spała też w Aviles. Wśród nich była para Hiszpanów, którzy chrapanie przenieśli na zupełnie nowy, wyższy poziom. Nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek robił to tak głośno. To miała być trzecia noc z rzędu, którą spędzimy w tym samym pomieszczeniu. Z tą "wesołą" informacją zadzwoniłem do moich polskich znajomych. Powiedziałem, że zazdroszczę im spania w innym miejscu. Jakie było moje zdziwienie, jak usłyszałem "Będziemy za kilkanaście minut". Okazało się, że szło im się dobrze, więc postanowiły przejść trochę więcej i w konsekwencji dojść do mojego albergue.


Pod wieczór, po wypełnieniu wszystkich moich obowiązków: pranie, gotowanie, ogarnianie sprzętu, siadłem wreszcie przy stole. Wtedy jeszcze nie wiedziałem czego świadkiem zaraz będę.
Otóż uczestniczyłem w 42 urodzinach Nataszy z Ukrainy. Jako poczęstunek kupiła owoce i wino, a my w prezencie dla niej zaśpiewaliśmy piosenki urodzinowe w naszych rodzimych językach. Usłyszała "sto lat" po: polsku, angielsku, włosku, hiszpańsku, francusku, holendersku, południowo-afrykańsku i łacinie. Zazdroszczę jej sposobu celebracji tego dnia.



Poprzedni dzień                                                                  Następny dzień

Camino del Norte - Dzień 12

29 czerwca 2016r.

Nareszcie luźniejszy dzień! Dwudniowy plan został wykonany w całości. Jak się okazało mój "dzień odpoczynku" to dla Ani, Asi i Davide codzienna norma. Postanowiliśmy wspólnie przebyć następny odcinek - 32km.

Na trasie było jedno większe miasto Gijon, w którym planowałem kupić coś do jedzenia. Niestety wszystko było zamknięte, pomimo środka tygodnia. Zdziwiło nas to. Jak się później dowiedziałem, każde miasto kilka razy w roku obchodzi swoje święto i sklepy są pozamykane.


Widok na katedrę w Gijon.

Bez pośpiechu dotarliśmy do Aviles i w tamtejszym albergue zatrzymaliśmy się na noc. Była to nietypowa noc, bo sala w której spaliśmy liczyła około 40 dwupiętrowych łóżek, w większości zajętych. Możecie wyobrazić sobie jakie efekty akustyczne towarzyszyły nam podczas snu. Co najmniej kilka osób donośnie chrapało :) 

Dzień tak bardzo leniwy, że zrobiłem tylko to jedno zdjęcia :D

Poprzedni dzień                                                                     Następny dzień

Camino del Norte - Dzień 11

28 czerwca 2016r.

Połowa planu została już wykonana! Została tylko "większa połowa" wraz z najcięższym podejściem na całym Camino del Norte. Ten dzień zapowiadał się niemiło i z resztą taki był :( aż do momentu wejścia na camping i poznaniu moich współlokatorów. O nich będzie za chwilę, bo najpierw magazyny we dwóch odsłonach:



W podejściu najtrudniejsze było ukształtowanie trasy. Prowadziła prosto do góry, bez ani jednego zakrętu i tak przez 300 metrów przewyższenia. Następnie zszedłem do początkowej wysokości, by ponownie podjeść 150 metrów do góry. Dodatkowo zgubiłem szlak i szedłem godzinę dłużej, niż powinienem.

Przygotowując się do podróży dowiedziałem się, że Camino del Norte jest czasem prowadzony wieloma równoległymi drogami. Jest to zależne od pory roku, typu poruszania się (trasy rowerowe wiodą inaczej niż piesze) i atrakcyjności terenu.


Poszedłem prosto, czyli w kierunku Gijón, bo tak miałem opracowaną trasę. Gdybym tak nie postąpił to nie poznałbym dwóch przesympatycznych Polek, Ani i Asi oraz Włocha - Davide.

Po mojej lewej Ania, po prawej Asia, a w tle moje pranie :D


Poprzedni dzień                                                                Następny dzień


Camino del Norte - Dzień 10

27 czerwca 2016r.

Jak postanowiłem wczoraj, tak też zacząłem wprowadzać mój dwudniowy plan w życie. Początek trasy nie mógł okazać się inny, aniżeli asfaltowy...


Jadnak zawsze pojawiało się coś co niezmiennie od kilku dni urozmaicało mi drogę, czyli magiczne widoki!


 Było to już kilka dni po nocy świętojańskiej (23.06), czyli najdłuższym dniu i najkrótszej nocy w roku. Święto Św. Jana (po hiszpańsku San Juan) jest celebrowane w Hiszpanii na wiele sposobów. Są procesje z figurą świętego, pokazy fajerwerków lub taka oto przepiękna, kwietna mozaika.


 Nocleg zaplanowałem w mieścinie o nazwie La Isla, czyli wyspa. Tam po raz pierwszy było mi dane zobaczyć ciekawą budowlę, której różne warianty towarzyszyły mi już do końca camino. Jest to forma magazynu, zbudowana zawsze według jednego schematu. Kilkumetrowe kamienne lub betonowe podpory, a na nich umieszczona drewniana konstrukcja. Służyły i pewnie niektóre jeszcze służą do przechowywania żywności z dala od zwierząt i szkodników.


Ten budynek był o tyle wyjątkowy, że jego wnętrze zostało przerobione na wieloosobową sypialnię, w której spałem.

W ciągu całej mojej podróży odbywało się Euro 2016 we Francji. Nie jestem wielkim fanem piłki nożnej, więc zbyt dokładnie nie śledziłem przebiegu turnieju. Wiedziałem tylko o sukcesach Polaków.

Akurat tego dnia odbywał się mecz 1/8 finału pomiędzy Hiszpanią a Włochami. Bar, przy plaży, pełen był Hiszpanów, jedynymi obcokrajowcami byliśmy ja i pewien Włoch. Wyobraźcie sobie jego niepohamowaną radość ze zwycięstwa 2:0 jego rodaków nad przeciwnikami. Zaczął skakać po stole, aż do momentu gdy zgubił okulary!

Włoch jest w prawy dolnym rogu zdjęcia.

Poprzedni dzień                                                                          Następny dzień

Camino del Norte - Dzień 9

26 czerwca 2016r.

 Wyjątkowo uciążliwym okazało się połączenie upału i drogi wiodącej po asfalcie. Ponad 20km w pełnym słońcu, poboczem drogi nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy jakie można robić w Hiszpanii :) Jak wreszcie pojawił się cień to musiałem go wykorzystać.


 Bardzo dużym zaskoczeniem było, to co zobaczyłem na drodze. Ktoś w czasie malowania pasów na poboczu postanowił dodać też symbol Camino. Jak widać nie wyszło mu to najgorzej!


Gdy wreszcie doszedłem na camping w Poo postanowiłem, że następny dzień zrobię sobie luźniejszy. Luźniejszy, czyli z mniejszą liczbą kilometrów.
 Spojrzałem na mapę i zwątpiłem :(
Jutro, aby dojść do Albergue, mogę zrobić 20 lub 45 kilometrów. Jak wybiorę 20km to następnego dnia będzie ponownie około 20km lub grubo ponad 40km. I tak źle i tak niedobrze. W ramach "wypoczynku" stworzyłem taki oto plan:
10 dzień - 45km
11 dzień - 46km
12 dzień - 32km, czyli wypoczynek
Jak okazało się dnia dwunastego to była jedna z lepszych decyzji jakie mogłem podjąć.

"Wulkaniczny" krajobraz zaraz przy drodze.

Poprzedni dzień                                                                         Następny dzień